sobota, 14 września 2013

ŚLUB: Makijaż na ślub

To już kolejny, przedostatni post z cyklu ŚLUB, czyli jak to wygląda z perspektywy świadkowej. Tym razem będzie o makijażu, który zrobiłam na tę okazję.




Makijaż na takie okazje musi być dość trwały, bo podczas imprez brakuje czasu na jego poprawianie. Poza tym towarzyszące nam emocje (wypieki, łzy) mogą niszczyć naszą pracę. Co równie ważne, będziemy fotografowane więc zależy nam, aby na zdjęciach wyglądać korzystanie - zwłaszcza jako osoba będąca zaraz obok Panny Młodej.

Nie popełniajcie też tego błędu, który mi się przydarzył i zróbcie wszystko, aby przed imprezą dobrze się wyspać. Cera będzie bardziej wypoczęta, a oczy pełne blasku, bez przykrych worków i opuchnięć...



Chciałam, aby mój make-up był wyraźny, ale nie przesadzony. Zaakcentowałam więc to, co lubię podkreślać najbardziej, czyli oczy.

Mimo tego, że niekoniecznie jest to modne chciałam, aby mój makijaż współgrał z kolorem sukienki. Oczywiście w wyrafinowany sposób ;)

Postawiłam więc na fioletowe cienie, ale z domieszką czegoś ciekawego tj. koloru CLUB, który opalizuje między ciemną zielenią a bordowym.


Na całą powiekę nałożyłam bazę w postaci opalizującego miedziano-brązowego, kremowego cienia MAYBELLINE, którą następnie przykryłam mieniącym się, lawendowym cieniem INGLOT.


W załamaniu powieki i w zewnętrznych kącikach nałożyłam cień w kolorze śliwki węgierki ;) Następnie wzmocniłam go wspomnianym wcześniej CLUB'em.

Dolną powiekę podkreśliłam tym jaśniejszym, lawendowym cieniem a im bliżej wewnętrznych kącików tym jaśniejszy chciałam, aby był cień, więc użyłam mocno opalizującego w kolorze szampana.


Wzdłuż górnej linii rzęs nałożyłam ciemnofioletowy eyeliner, który pomógł ukryć grzbiet sztucznych rzęs. Oczywiście najpierw pomalowałam moje własne czarnym, wodoodpornym tuszem Chanel, który na pewno nie uległby łzom ;)


Brwi jak zwykle uzupełniłam za pomocą mojego magicznego zestawu INGLOT.


Twarz wymodelowałam moim ukochanym bronzerem MAC, a na szczyty policzków nałożyłam róż w bardzo chłodnym, wręcz liliowym odcieniu różu. Na koniec musnęłam je jeszcze rozświetlaczem, który dodaje skórze blasku w świetle świec.


Dodam jeszcze, że bazę tworzył podkład VLA Chanel, puder Stay Matte Rimmel i korektory MAC (pod oczy i na przebarwienia).

Cały makijaż utrwaliłam fixerem KRYOLAN, który działa prawie jak lakier do włosów. 

Wiedziałam, że nie będę miała zbyt wiele czasu na to, aby biegać do łazienki i poprawiać usta. Postanowiłam więc, że będą bardzo naturalne. 



Najpierw nałożyłam na nie pielęgnujące masełko REVLON w delikatnym, pastelowym kolorze różu. Następnie użyłam liliowego błyszczyka Estée Lauder, którego zapach ubóstwiam!



Parę słów na koniec...

Wiem, że wieku nie oszukam, ale niestety te zdjęcia nie pozostawiają mi złudzeń: muszę jeszcze zadbać o moją starzejącą się skórę :(

Myślę, że należy zrobić mocne postanowienie: koniec z kupowaniem kosmetyków kolorowych (co i tak już baaardzo ograniczyłam, a uzupełniać będę tylko kończące się produkty typu: podkład, tusz do rzęs, korektor, puder) i pora zacząć inwestować w dobrej jakości kremy przeciwzmarszczkowe!

2 komentarze: