czwartek, 13 czerwca 2013

Misja: Budapesti


Wróciłam cała i zdrowa z Budapesztu - miasta, które o mały włos, czyli jakieś o 30 cm, prawie nie zostało zalane przez wody Dunaju.


CZWARTEK 06.06
Dzień zaczął się bardzo wcześnie i po 3 godzinach snu ruszyliśmy do Warszawy na lotnisko. Mieliśmy chwilę, więc wykorzystaliśmy ją na napicie się kawy i herbatki... 

Na podróż i pobyt w Budapeszcie paznokcie pomalowałam liliowym lakierem OPI.

...oraz mini shopping. Przecież nie mogłam przejść obojetnie obok tych kolorów Essie! :)

Od lewej:
Essie - 220A - CASCADE COOL
Essie - 222A - MOJITO MADNESS

Gdy wylądowaliśmy w Budapeszcie i dostaliśmy się do centrum, od razu zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na miasto. Zdążyłam jedynie zamienić kalosze na baletki, bo na Węgrzech nie padało :)

Miałam na sobie:
"marynarski" sweterek w granatowe paski 
plisowaną spódnicę w limonkowym kolorze
metaliczne baletki (wcześniej kalosze i kolanówki jak w zestawie z tego posta)


PIĄTEK 07.06
Kolejny dzień w pełni poświęciliśmy na eksplorowanie Budapesztu (w tym wysyłkę pocztówek). Przy okazji wyświadczyłam przysługę koleżance i zrobiłam dla niej zakupy w sklepie, który już nie jest obecny w Polsce - później cały dzień chodziłam z tą torebką ;)



Miałam na sobie:
jeansową koszulę
kremową, koronkową spódniczkę
białą torebkę z frędzlami (towarzyszyła mi przez cały pobyt)




Nie mogło też zabraknąć mojego standardowego zdjęcia z podróży, czyli Mika na sprężynie ;)


Dość męczący dzień zakończyliśmy w jednym z najbardziej popularnych, ale utrzymanym w alternatywnym stylu klubie, gdzie prawie zasnęłam na fotelu... dentystycznym. Niestety z tej wyprawy brak zdjęć.


SOBOTA 08.06
Sobotę zaczeliśmy dość późno i leniwie. Pogoda była piękna!

Miałam na sobie:
malutki naszyjnik z kokardką
torebkę, o której pisałam już wyżej 


Po śniadaniu ruszyliśmy wzdłuż rzeki do hali targowej, która kusiła świeżymi warzywami i tradycyjnymi wyrobami.


 
Na pamiątkę kupiłam ręcznie zdobiony młynek oraz paczuszkę ostrej papryki.



Także w tym miejscu postanowiliśmy zjeść typowe, węgierskie dania. Pyyyszne!


W drodze powrotnej do ścisłego centrum złapał nas deszcz i burza, ale nie zmieniła ona nam za bardzo planów dalszego chodzenia po mieście...


...i zjedzenia lodów, które przypominaja róże!


Miałam na sobie:
czarne kalosze, oficerki
grafitową, skórzaną kurtkę


Wieczorem poszliśmy w miejsce oblegane przez młodych Węgrów i turystów, gdzie na skwerze w centrum miasta, pod gołym niebem można bez skrępowania pić własny alkohol.  


Miałam na sobie:
czarną, luźną koszulkę z rękawem 5/6
spodnie w egzotyczne kwiaty
kurtkę skórzaną
metaliczne baletki


NIEDZIELA 09.06
To ostatni pełny dzień w Budapeszcie i trzeba go było należycie wykorzystać. Pogoda dopisała więc zaraz po śniadaniu poszliśmy na "różane" lody, a później do łaźni. 



Miałam na sobie:
biały T-shirt z kieszonką
kolorowe szorty w kwiaty
srebrny pasek
różowe sandałki
limonkowo-zielony naszyjnik ze srebrnym łańcuszkiem




Na lunch udaliśmy się do cudownej kawiarni, która zapierała dech w piersiach.


Po takim relaksie mieliśmy siłę, żeby pochodzić po takich zakątkach, których jeszcze nie widzieliśmy. 



Wieczorem wybraliśmy się na wzgórze, aby móc podziwiać Budapeszt nocą. 






Szkoda, że w niektórych miejscach, ze względu na wysoki stan wody, nie funkcjonowało oświetlenie. 



PONIEDZIAŁEK 10.06
Jeszcze przed wyjazdem na lotnisko udało mi się zahaczyć o sklep z rajstopami, obok którego codziennie przechodziłam podziwiając wystawę.

Upatrzyłam sobie kilka par, ale ostatecznie zdecydowałam się na jedne, dość oryginalne rajstopy, które już wiem, że będę namiętnie nosić jesienią i zimą. Będą pięknie pasować do mojej kobaltowej torebki! ;)


Droga powrotna do domu bardzo się dłużyła. Sama podróż z Budapesztu do Warszawy minęła szybko i w sumie trwała krócej niż przemieszczenie się w Polsce - z Okęcia do domu. 

Oczekując na pociąg w Złotych Tarasach miałam chwilkę, więc mogłam pozwiedzać ;) Ale ze względu na presję czasu mogłam wejść tylko do 1 sklepu spośród 3, które zawsze lubię odwiedzać.

Wybór był w sumie dość prosty - Topshop odrzuciłam, bo nie miałabym wystarczająco dużo czasu na przymierzanie ubrań, w MAC i tak nie mogłabym nic kupić, bo postanowiłam na jakiś czas ukrócić kosmetykowe wydatki.


Został mi więc cudownie pachnący sklep Bath&Body Works. Już jakiś czas temu postanowiłam zawsze mieć jedną ich świeczkę na dany sezon tj. porę roku. Na lato (choć mamy jeszcze wiosnę) skusiłam się na piękny, owocowy i dość świeży zapach PINEAPPLE ORCHID. 



Trudno było mi się zdecydować, bo zapachów, które mi odpowiadały było tam wiele.


Podsumowując, wyjazd uważam za bardzo udany. Pogoda, mimo wyjątkowego stanu na Dunaju, sprzyjała. Udało nam się zobaczyć bardzo dużo, zrealizować plany i doświadczyć wielu przyjemnych bonusów. Jedzenie było pyszne, bo ostre, a ja takie uwielbiam. Kupione przeze mnie drobiazgi ogromnie mnie cieszą i pozwolą na dłużej zachować wspomnienia z tych krótkich wakacji - podobnie jak liczne zdjęcia.


Teraz myślę już o kolejnych podróżach ;) 

A jakie Wy macie wakacyjne plany?

1 komentarz:

  1. Lody są rewelacyjne sama bym się na nie skusiła, a Ty Moniko jak zawsze pięknie się prezentujesz :)

    OdpowiedzUsuń