poniedziałek, 3 października 2011

Weź się za siebie!

Zrobiłam to! Wzięłam się za siebie i czuję się fantastycznie!

Na studiach nie miałam samochodu. Mieszkałam blisko uczelni i innych ważnych miejsc - serca miasta, sklepów, restauracji i klubów. Wszędzie chodziłam pieszo i nie potrzebowałam nawet wiedzieć jak funkcjonuje komunikacja miejska. Po studiach, gdy znalazłam pracę oznaczającą siedzący tryb życia i zaczęłam transportować swoje ciało autem... starciłam kondycję, a zyskałam, ku swojemu niezadowoleniu, zbędne kilogramy tu i ówdzie.

Czułam się źle, ciągle zmęczona i ociężała. Przy moim apetycie (co widać tu) wszystkie dodatkowe czynniki, w tym wrodzone lenistwo i niechęć do pocenia się na siłowni działały na moją niekorzyść. 

Jednak nadszedł taki dzień (a może to pora roku tak na mnie zadziałała), w którym powiedziałam sobie, że czas zacząć program zdrowotny. Polega on na pływaniu i ćwiczeniach oraz odrobinę racjonalniejszym odżywianiu się. 

Raz w tygodniu chodzę na basen i przez godzinę pływam. Już widzę postępy - nie męczę się tak jak na początku i mogę zrobić o wiele więcej długości bez przerwy niż wtedy, gdy zaczynałam. Po basenie odwiedzam sauny: parową i suchą - każda po 5-10 minut.

Raz w tygodniu idę się przemaglować - ćwiczę głównie ręce i brzucha. Wzmacniam też mięśnie wzdłuż kręgosłupa, aby utrzymywały go w odpowiedniej pozycji i redukowały ból związany z wielogodzinnym siedzeniem przed komputerem. Po takiej rozgrzewce jestem gotowa do półgodzinnego treninngu na urządzeniu zwanym CROSSRAMP, na którym kształtuję uda i pośladki oraz łydki (chociaż te ostatnie chyba bardziej rzeźbią mi szpilki).
Po takim wysiłku i letnim prysznicu jestem super szczęśliwa, bo wiem, że zrobiłam coś dobrego dla siebie. No i jedzenie smakuje lepiej ;P

Pewnie dla niektórych ta mała doza wysiłku wyda się śmieszna, ale dla mnie - osoby, która przez kilka lat NIC nie robiła ze swoim ciałem, jest to spora zmiana.  

Boję się że zimą, motywacja może mi osłabnąć... ale do zimy mamy na szczęście jeszcze trochę czasu :) 


Aby naznaczyć sukcesem swój plan postanowiłam zainwestować w odpowiedni strój, który nie tylko poprawi mój komfort podczas ćwiczeń, ale również będzie bodźcem stymulującym chęć otrzymania zwortu z inwestycji w postaci zdrowego ciała i radosnej duszy! ;)






Nie będę opisywać jak bardzo nie podoba mi się obuwie sportowe - zwłaszcza buty do biegania i jak ciężko było mi wybrać model, kolor i to jeszcze w miarę rozsądnej cenie (bo przecież fortunę wydaje się na szpilki a nie na "biegówki"). Ostatecznie wybrałam przeceniony model NIKE (wolałabym szare z turkusowo-miętowymi wstawkami, ale nie udało mi się takich wyhaczyć), który jest praktyczny i dość wygodny. Nadaje się na siłownię i do biegania na bieżni lub po ulicach.  Będzie pasować do ciemnych spodni a przez niebieskie akcenty do dwóch topów, które kupiłam wcześniej. 




Top bez rękawków jest idealny na ciepłe pory roku, natomiast ten bardziej turkusowy nadaje się na jesień i zimę. Podobają mi się w nim limonkowe akcenty i to, że długie rękawy mają mankiety z dziurką na kciuki co zapobiega podwijaniu się materiału i uszczelnia, gdy biega się w wietrzny, chłodny dzień. Ten top można równie dobrze traktować jak bieliznę termoaktywną. 



Gdy nadejdzie odpowiedni czas, możliwe że zrezygnuję z basenu na rzecz lodowiska i łyżew, bo jakoś nie uśmiecha mi się zanurzanie ciała w wodzie, gdy na zewnątrz minusowe temperatury. Poza tym jazda na łyżwach przypomina mi szczęśliwe i beztroskie dzieciństwo, kiedy to z mamą harcowałam na lodzie. Teraz można jeszcze dodać jeden fajny rytułał wieńczący zimowe szaleństwa: grzane wino! Ale do tego zostało nam jeszcze trochę czasu - na szczęście! :)

Wszystkim aktywnym życzę dobrych efektów, a leniuszkom (takim jak ja) motywacji! :)  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz