wtorek, 6 września 2011

Shoo be doo - Snake skin

To, że kocham buty nie jest niczym sensacyjnym, ale może nie każdy wie, że uwielbiam zwłaszcza te z typu "snake skin" (pominę tu paski i torebkę). Moja miłość zaczęła się już dawno temu, ale nasiliła w ostatnim czasie. Poniżej prezentuję moją wężową (a czasami może i krokodylą?) kolekcję: 

SZPILKI:


Przyjemność sprawia mi podziwianie ich zwłaszcza z boku, gdy widać jak kolory przechodzą jeden w drugi - szczególnie ten łososiowy odcień.


Pasują głównie do eleganckich zestawów, ale można je również z powodzeniem połączyć z jeansami. Jeśli chodzi o kolory ubrań, to ze strony butów nie widzę ograniczeń :)

Creme de la creme to moja najnowsza para (jeszcze z nieodciętą metką), której noszenia nie mogę się już doczekać. Właściwie są jedynym powodem dla którego odliczam dni do jesieni. ;) Teoretycznie mogłabym nosić je już teraz, ale postanowiłam sobie, że skoro w tym roku nie nacieszyłam się letnią garderobą, to chcę maksymalnie długo chodzić w sandałkach i butach z otwartym czubkiem lub piętą. Zabudowane obuwie, więc i te szpilki rezerwuję na później. 


Ale już wiem, że tę parę będę łączyć z turkusowymi, szarymi, granatowymi, kobaltowymi i ewentualnie czarnymi, grubymi rajstopami. Nie wykluczam też takich w kolorze grafitowym. Przypuszczam, że stworzą również idealny zestaw z moimi nowymi, granatowymi rurkami, które wyglądają jak skórzane. 

Poza tym, posiadanie ich w swojej kolekcji sprawia, że czuję się jakbym była bliżej Gucci niż to jest możliwe. ;) Dlaczego? Niewtajemniczonych zapraszam do przeczytania tego postu.

BALETKI:




Te baletki nosiłam parę sezonów i to nie od czasu do czasu, tylko prawie coddziennie. Przeżyłam w nich kilka fal upałów i parę razy zmokłam. Miały ze mną ciężki los. Ktoś mógłby pomyśleć, że to moje jedyne buty na wiosnę-lato. Pasowały do każdego stroju i prawie na każdą okazję! Były ze mną podczas wakacyjnych wyjazdów m.in. w Wielkiej Brytanii, Portugalii, na południu Francji, we Włoszech i w Niemczech. Z bólem serca muszę stwierdzić, że ich czas powoli mija... ;( Wciąż szukam substytutu, ale do tej pory - bezskutecznie.



Kolejne baletki, jako alternatywa do butów nude, są w "moich" kolorach - turkus, błękit, kobalt. Ciekawie wyglądają do czarnych, kryjących rajstop, ale preferuję nosić je na gołą stopę. Dobrze uzupełniają monochromatyczny ubiór - zarówno elegancki jak i codzienny. W tym roku wpadłam na genialny pomysł połączenia ich z rybaczkami w kolorze lapisu.




PLATFORMY:




Kupione na przecenie, niestety nie należą do najwygodniejszych nad czym ubolewam. Póki co, miałam je na sobie tylko raz w zestawieniu z eleganckimi, grafitowymi spodniami zwężającymi się w kostce i czarnym topem. Ponieważ są dość masywne, miały wnosić intensywny akcent kolorystyczny do mojej jesiennej garderoby. Super pasują do śliwkowych, grubych rajstop lub beżów, brązów i szarości. Zastanawiam się jednak nad znalezieniem dla nich nowej właścicielki... 

BOTKI:

 
Historia będzie krótka: zdobyte dwa lata temu na Oxford Street w Londynie. Miłość od pierwszego wejrzenia. Niezwykle wygodne, praktyczne i świetnie komponują się z moimi militarnymi płaszczykami. Dobrze wyglądają do rurek ale też i do rajstop. Myślę, że również tej zimy sprawdzą się w jakieś mniej chłodne dni :)

A czy Ty masz w swojej kolekcji jakieś węże tudzież krokodyle? ;P 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz