sobota, 22 stycznia 2011

Moje maskar(ad)y :)

Odwieczny dylemat, czy zainwestować w drogi tusz do rzęs, czy może kupić taki z drogerii? 


Od lewej:
1. Rimmel - Sexy Curves (INTENSE BLACK)
2. MAYBELLINE - GREAT LASH (BLACKEST BLACK)
3. MAX Factor - FALSE LASH EFFECT (BLACK)
4. CLINIQUE - high lengths mascara (01 BLACK)
5. CLINIQUE - high impact mascara (01 BLACK)
6. Benefit - BADgal lash
7. Estee Lauder - Double Wear (01 BLACK)
8. CLARINS - Wonder Waterproof Mascara (03 Violet)
9. SEPHORA - lash plumper (BLUE)
10. SEPHORA - Colorful mascara (GREEN)

Żeby ten problem rozwiązać, trzeba się zastanowić czego chcemy od maskary? Jeśli ma ekskluzywnie wyglądać w naszej kosmetyczce, to zdecydowanie musi być droga :) Ale czy jest sens? Jeśli chcemy posiadać luksusowy kosmetyk, lepiej zainwestować w krem, albo podkład, bo tu te różnice w porównaniu do produktów z drogerii bardziej widać (choć też nie zawsze). Poza tym, musimy wiedzieć, czego oczekujemy od maskary - żeby wydłużała, żeby pogrubiała, czy żeby podkręcała tudzież rozdzielała rzęsy? Ja chcę te wszystkie rzeczy na raz! :)


TUSZE CZARNE 

1. Rimmel. Deklarowany efekt: FULL VOLUME & CURVE MASCARA. I ja się z tym zgadzam. Uważam, że to bardzo fajny tusz. Poprzednio miałam wersję BLACK i w sumie nie widziałam wielkiej różnicy w intensywności czerni. W cenie też nie było różnicy, ale skoro można mieć INTENSE BLACK, to czemu nie? Szczoteczka bardzo dobrze rozczesuje rzęsy i dzięki wybrzuszeniom lepiej dociera do małych rzęsek :) Przy tych gumowych/silikonowych grzebyczkach zawsze boję się, że nie nałożą wystarczającej ilości tuszu, a tu tego problemu nie ma. Tusz dobrze się utrzymuje, ale dobrze też zmywa. Jedyny minusik za to, że rzęsy robią się sztywne, no ale może ktoś to lubi :) 

2. MAYBELLINE. Klasyk klasyków. Na opakowaniu nic nie deklarują oprócz nazwy: GREAT LASH. Jednak czy po aplikacji są one takie "great"...? Zgrabna (i relatywnie krótka) szczoteczka ułatwia nałożenie, fajnej w konsystencji, maskary. Dobrze się nosi i zmywa. Rzęsy nie są aż tak sztywne jak po Rimmel. Fajne opakowanie.

3. MAX Factor. Deklarowany efekt: Full Lashes, Natural Look. Bardzo chciałam ten tusz, bo wiele dobrego o nim słyszałam. Ale dopiero teraz uświadomiłam sobie, że już deklaracja jest fałszywa! Bo jak mogą rzęsy być FULL i NATURAL za razem?! Według mnie są tylko naturalne, bo o efekcie "sztucznych rzęs" można jedynie pomarzyć. Rzęsy są dobrze rozdzielone i lekko pokryte tuszem (trzeba nakładać parę warstw, ale kto ma na to czas?). Szczoteczka gruba, niezgrabna - nawet taka wprawiona maniaczka make-up'u jak ja musi uważać żeby się nie "upaćkać" przy aplikacji - zwłaszcza rano, gdy spieszę się do pracy! Tusz w kontakcie ze skórą może się roztapiać. Łatwo się zmywa. Podobnie jak Rimmel - usztywnia rzęsy. Poza tym, dowiedziałam się, że MAX Factor testuje kosmetyki na zwierzętach. TAKIM FIRMOM I ICH PRODUKTOM MÓWIĘ NIE!

4. CLINIQUE. Deklaracja: high lenghts mascara. Mówią prawdę, bo rzęsy po wytuszowaniu meeeeegaaaaa dłuuuuuuuugie. Może to przez tę śmieszną grzebyko-szczoteczkę, która chwyta rzęsy u nasady i wyciąga je w górę. Są więc od razu rozczesane i podkręcone. Chyba moja ulubiona mascara obecnie. Nie rozpływa się, nie kruszy i łatwo się zmywa. Nie usztywna rzęs. Mały problem jest z aplikacją na dolnych rzęsach (ze względu na wygięcie szczoteczki), ale wystarczy poćwiczyć.    

5. CLINIQUE (2). Deklaracja: high impact mascara - cokolwiek to znaczy :) Jeśli ma wydłużać i pogrubiać, to sprawdza się. Szczoteczka standardowa dobrze rozprowadza tusz. Mam wersję z błyszczykiem, więc zawartość obu rzeczy jest mniejsza niż zwykle. Gdy produkt jest świeży to wszystko jest ok, ale tusz jednak zbyt szybko wysycha. Po jakimś czasie kruszy się i opada na dolną powiekę lub policzki.



6. Benefit. Deklarowanego efektu brak. Szczoteczka gigantyczna i dość trudna w obsłudze. Sądziłam, że skoro jest taka wielka, to nakładać będzie konkretną ilość tuszu i dzięki temu po 1 aplikacji rzęsy będą wyglądać bosko. Niestety rozczarowałam się. Efekt jest bardzo naturalny i żeby go wzmocnić, powinno nakładać się kilka warstw. Duży plus dla tej mascary za to, że w czasie dnia nic się z nią nie dzieje, a rzęsy są tak miękkie jakby w ogóle nie były pomalowane! Dobrze się zmywa i nie kruszy.

7.  Estee Lauder. Deklaracja: Zero-Smudge Lenghtening Mascara. O taaaak! Uwielbiałam tę maskarę do momentu, gdy nie wyschła... Najfajniejsza szczoteczka - drobna i precyzyjna. Rzęsy jeszcze bardziej miękkie i elastyczne niż w przypadku BADgal lash, mega pogrubione (ale bez grudek) i mega wydłużone. Kolor super intensywny. Nic się nie rozmazuje, nic nie kruszy. Szkoda, że tak szybko się "skończyła". Według mnie jest to jedyny tusz z wyższej półki, na który warto wydać pieniądze, chociaż Rimmel, który jest tańszy, wystarcza na dłużej.

TUSZE KOLOROWE

8. CLARINS. Nie przepadam za tuszami wodoodpornymi, bo nie lubię ich zmywać. Skusiłam się jednak na ten, gdy wyjeżdzałam na wakacje. Kolor jest fenomenalny (opakowania też), ale na rzęsach niestety nie widać do za bardzo. Jest dość mokry, ale nie obkleja rzęs, które po wytuszowaniu wyglądają bardzo naturalnie. Faktycznie, nie rozmazuje się ani od upału, ani od wody - może się jedynie trochę pokruszyć. Drugi raz bym go nie kupiła.

9. Sephora. Nie jest wodoodporny. Ma dziwną szczoteczkę, której włoski są tak miękkie, że sklejają się podczas wysuwania. Tusz, choć wydaje się intensywnie niebieski na szczoteczce, po nałożeniu na rzęsy wygląda na granatowy lub nawet czarny. Nie pogrubia, nie wydłuża, może trochę rozczesuje. Bez rewelacji.

10. Sephora (2). Zabawny, zielony tusz z jakiejś limitowanej kolekcji. Też nie jest wodoodporny, no ale nie miał być. Szczoteczka o niebo lepsza niż w nr 9. Kolor intensywny i widoczny na rzęsach. Jeśli ktoś lubi eksperymentować z makijażem - zdecydowanie polecam. Łatwo się zmywa, więc bez obaw, że rzęsy zostaną "żabie". Fajne opcje: dla posiadaczek ciemnych oczu i włosów - czarny liner i zielone końcówki rzęs, a dla posiadaczek niebieski/zielonych oczu - burgundowy cień i zielone końcówki dolnych rzęs. Have fun!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz